czwartek, 31 grudnia 2009

...pierwsza rocznica...papierowa:)

Miło powspominać ten czas, gdy po 15 minutach staliśmy się formalnie małżeństwem. Fajnie było, piękna aura, weselicho przed ślubem itd. Aż wreszcie minął nam rok - nawet nie wiem kiedy, ale faktycznie to już rok.
Za nami trzy lata związku, dwa lata wspólnego mieszkania, pół roku bycia rodzicem. A co przed nami? Hmm.... tego to nawet my sami nie wiemy do końca.
Rocznica się udała. Miki pozostał z ciocią Agatką sam na sam przez przeszło trzy godziny. Zaprezentował się przed nami, jak półroczne dziecko potrafi walnąć załamkę. Potem oczarował ciocię, ładnie pospał, pięknie się pobawił i nic nie płakał. Oboje z mężem jesteśmy z niego tacy dumni.
Rodzice w międzyczasie poszli na kolację do pięknej restauracji. Pomijając, że obiad był pyszny wieczór nie zakończył się tak jakby większość się spodziewała. hihihi

Na wieczór ciocia Agacia została z nami, my we dwie żubróweczką świętowaliśmy, a mężuś opiekował się małym. Cudowny zastrzyk energii.

czwartek, 24 grudnia 2009

Święta, Święta, Święta


Nasze pierwsze Święta Bożego Narodzenia z Pultaskiem.
Mąż na 12h w pracy, ja tam powoli coś robię w domku, Miki śpi, więc i czas na bloga jest:)

Nigdzie w tym roku nie pojechaliśmy, bo Radzio ma wolne po Świętach, poza tym chyba nawet mi się nie chce. 27.12.2009 mamy naszą pierwszą rocznicę ślubu i planowany jest popołudniowy wypad do restauracji i może do kina. Agatka wyraziła zgodę i zostanie z Mikim.

Dzisiaj do wieczora jestem sama z Mikim, wykąpię go i wieczorem z mężem zasiądziemy w kuchni do Wigilii. Zupka grzybowa, pstrąg, paszteciki, sałatka, śledzie, pierogi z kapustą i grzybami - no chyba jak na naszą dwójkę to wypas. Ciasta już upiekliśmy wcześniej i niby obawa była, że będzie tego za dużo - a tu proszę już jeden makowiec wciągnięty, sernika też ubywa a o pierniku już nie wspomnę :D

Może uda nam się przed sylwestrem zajechać do Asi do Bielska, czas trochę pojeździć,bo tyłek mnie już boli od tego siedzenia.

Nic to w związku z tym, żem sama sobie do wieczora to życzę sobie (nam) zawsze Wigilii w rodzinnym gronie, zdrowia dla wszystkich, spełnienia planów noworocznych i radości z bycia razem.

środa, 16 grudnia 2009

przygotowania do świąt


Nie mogłam się oprzeć i zrobiłam Mikiemu zdjęcie w standardowej pozie, jaką chyba wszystkie dzieci mają robione przez pokolenia.

Dzisiaj ubraliśmy choinkę, a raczej wykonał to mój mężuś, bo ja inne obowiązki domowe miałam. Miki fajnie zajmuje się już sobą i od dwóch dni gęgoli. Czyli tylko patrzeć jak zacznie mówić. Sama słodycz:)

sobota, 12 grudnia 2009

dobrze jest czasem się odchamić


Dzisiaj dobry dzień.

Po pierwsze
mąż wyręczył mnie przez całą noc w opiece nad młodym.
Po drugie, Miki obudził się przed 5 i padł przed 6 na 2h.
Po trzecie, dzisiaj miałam wykłady za koleżankę w szkole:) Uwielbiam to robić i chyba czas powrócić do tego zajęcia. Może się coś trafi.
Po czwarte, mąż się dzisiaj zebrał w sobie (chyba wczorajsza wymiana zdań pomogła), zrobił obiad, zajmował się młodym, starał się ogarnąć mieszkanie (bo takie zwyczaj w sobotę) i wieczorkiem pojechał do pracy (na24h).
Miki zasnął pięknie, ja pomyłam resztę naczyń, zasiadłam do pracy i już mi się oczy zamykają więc chyba zaraz pójdę spać.
Dobry dzień - więcej takich proszę:)

czwartek, 10 grudnia 2009

walecznym krokiem


Czy to walka czy to normalne życie matki i żony? Ciekawe...

Miki standardowo budzi się o 4 -5 a dzisiaj to nawet i o 3. Uczę go samodzielnego zasypiania więc trochę tego wczesnego wstawania jeszcze będzie. Po godzinie padł i spał dwie godziny. Właśnie pracuje nad kupą, a ja piszę bloga.

Powinnam się położyć z nim, wiem... ale jak się kładłam to on ryczał, więc ponownie wstawałam, przekręcałam na bok i tak w kółko przez 1h. Ostatecznie stwierdziłam, że już i tak się obudziłam a trzeba usiąść do pracy - blog zawodowy, korekta i moderowanie, więc lepiej już ten czas poświęcę na to. Potem gorąca kąpiel, bo zmarzłam pracując na kompie. Zapeklowałam już mięso, zrobiłam i prawie już wypiłam kawę to teraz i czas by zająć się wyspanym synem - a mąż miał się nim zająć - nie trudno zgadnąć co robi - śpi. Ale do tego wizerunku już się przyzwyczaiłam.

No i coś ostatnio nerwowa na niego chodzę, może dlatego, że mówię co należy zrobić i kończy się na przytaknięciu a później okazuje się, że nie potrafi sobie tak zorganizować czasu, by to wypełnić. Cóż, ja to k.... muszę się tak zorganizować, by znaleźć czas na dom, pracę (około 3-4h dziennie), dziecko i do tego jeszcze inne obowiązki. Życie....

niedziela, 6 grudnia 2009

...permanentnie zmęczona:(

Kilka dni a tyle nowości. Miki został odstawiony całkowicie od piersi - nie przejął się tym zbytnio, wręcz mogę stwierdzić, że jest to mu w zupełności na rękę. Nareszcie dostaje konkrety (patrz:zagęszczone mleko). Samego mleka nie bardzo ma ochotę ruszać, ale z kleikiem, kaszka jak najbardziej.

Poza tym był Mikołaj i przyniósł urwisowi prezenty od rodzinki - Dziękujemy wszystkim.

W ten weekend zakończyłam studia, co bardzo mnie cieszy. Została tylko obrona pracy 30 stycznia:)

A co mojego permanentnego zmęczenia - to już wysiadam:( Młody budzi nam się o 3 na herbatę i później od 4 jest na nogach. Po 6-7 pada. A ja co - do roboty - korekta, moderowanie, pisanie tekstów. Może czasem zdążę coś napisać na bloga. Dzisiaj się kolejny raz rozryczałam, z bezsilności i zmęczenia. Nie mam z kim zostawić dziecka, bo rodzina daleko. Nie idę do pracy tylko pracuję w domu opiekując się dzieckiem i czasem sprzątając i gotując. A gdzie czas dla siebie. Nie ma:(
Mąż jest kochany, bo jak tylko ma wolny dzień zajmuje się młodym, wstaje do niego ale co z tego jak nawet nie mamy czasu oboje spędzić ze sobą trochę czasu, jakieś kino, teatr itp. odeszło w zapomnienie:(

Jestem permanentnie zmęczona, bo gdy Miki śpi ja siadam do pracy. Nieraz są momenty, że mam czas na obejrzenie TV i to już dla mnie duży luksus.

No cóż może odetchnę jak będę miała pracę i będę odrywać się nieco od codzienności domowej. Oby, bo ciekawe jak długo tak pociągnę....

piątek, 4 grudnia 2009

marudzenie zakończone brudzeniem


Wo matko jaki on dzisiaj był marudny:( zwariować można - siedzieć nie, leżeć nie, bawić się nie, chodzić na rączkach - TAK (a figa). Mój kręgosłup nie zniesie 10kg. Walczyliśmy, marudziliśmy, płakaliśmy i wnerwiliśmy mamuśkę na całego. Ale spacer dobrze mi zrobił - uf...

Popołudniu z tych nerwów młodemu pozwoliliśmy zaszaleć. A to efekty samodzielnego spożywania deserka:) ubaw mieli wszyscy, największy jednak Miki:)

środa, 2 grudnia 2009

dogadujemy się

Rozmowa z mężem przebiegła dobrze, choć zawsze mogło być lepiej. Najważniejsze jest jednak to, że oboje się zgadzamy ze sobą. Teraz tylko trzeba znaleźć sposób, by zacząć dbać o siebie.

A Miki - z dnia na dzień coraz fajniejszy, mądrzejszy i ciekawy świata. Bywa marudny, płaczliwy, ale i radosny i przekochany. Już teraz mogę powiedzieć, że nareszcie się dogadujemy. Umiem znaleźć już czas na porobienie w domu, popracowanie, na wyjście na spacer i czas dla siebie. Nawet TV oglądam - szok. Oby tak dalej:)

niedziela, 29 listopada 2009

…poczuć się jak zbrodniarz lub hochsztapler....

..kiedy już pewność była, wyniki porobione, mdłości wystąpiły, przyszedł czas poinformowania mojej kierowniczy o magicznym dla mnie okresie....i tu niemiła niespodzianka...rozmowa ostra, nieprzyjemna dla obu stron, zakończona straszeniem zwolnienia...nic więcej nie zostało jak obronienie swojej (już niejedynej) d... Magiczne L4 wybawieniem i ratunkiem...walka trwa do teraz...ale to już nie jest najważniejsze....

...żeniaczka, weselicho, czy normalny ślub....


No jakby ktoś nie wiedział – dzieciątko jak najbardziej planowane, a ślubik odłożony był na letni okres. A tu taka niespodzianka (bo się udało), więc trzeba było zaślubiny przenieść na wcześniejszy czas – bo nie zamierzałam iść do ślubu w 8 miesiącu (miało być w maju). Debatowania było trochę, kombinowania co, jak, gdzie, kiedy. W końcu niełatwo było pogodzić znalezienie miejsca, zorganizowania noclegu dla rodzinki, przy nieco skromnym budżecie. Suma summarum decyzja padła – no to może w Święta Bożego Narodzenia, lub w okolicy, co byśmy wszyscy spędzili je razem, w rodzinnym gronie, w domu teściów (Bieszczady). Wyżerka i tak by była ( ba każdy coś przygotuje na święta), brzuszek nie będzie jeszcze taki widoczny, nocleg jest (dwa domy), tylko najbliżsi, i bez wariacji, balonów, szaleństwa, wydawania (niepotrzebnego) pieniędzy...i tak też się stało...

Było rodzinnie, przy okazji świąt (a raczej po nich), weselicho w domu trwało przed zaślubinami kilka dni, impreza przednia, ślub kameralny a zdjęcia bajeczne...cóż więcej trzeba było...niczego, tak miało właśnie być....

...powiedzieć – nie powiedzieć

Z tej radości i wielkiego przekonania, że faktycznie nam się udało (badań jeszcze nie zrobiliśmy), zastanawialiśmy się (a może tylko ja się zastanawiałam) jak zakomunikować tę wiadomość naszym rodzicom. Jedna jak i druga strona mieszkają od nas w odległości około 400km (moja mama na północ, jego rodzice na południe). Myśli latały mi po głowie – może powiemy im na święta. Nie wytrzymałabym tyle bez mówienia. Postanowiliśmy, że obie strony dowiedzą się przez telefon – bo o spotkanie było ciężko. Radość z obu stron, szczęście nie mniejsze no i dobre rady (nie za dużo, tyle ile powinno być).

Kiedy to było:)

...czas poleciał jak z bicza...pamiętam ten moment...coś przeczuwałam, ale bałam się uwierzyć, że to prawda, że to może się zdarzyć...no ale cóż, kupiłam test i nic nikomu nie mówiąc obudziłam się wczesnym rankiem (a może w środku nocy – patrz przed 5.00). Wyciągnęłam go i zabrałam do WC. Tam prawie po omacku (bo instrukcję znałam już na pamięć – patrz:kilka testów wykonanych wcześniej) zrobiłam go. Piszą odczekać kilka minut...z kołatanym sercem, z podekscytowaniem i z wielkim marzeniem nie wytrzymałam czekając...zajrzałam...i....stało się....pojawiłam się magiczna druga kreseczka.....omal łazienki ze szczęścia nie rozwaliłam...

w tej ekscytacji nie wiedziałam co czynić – budzić go, powiedzieć, czy może zrobić niespodziankę....nie wytrzymałam...pobiegłam, rzuciłam się na łóżko, kilka razy powiedziałam NIE ŚPIJ...UDAŁO SIĘ...radości co niemiara i nagle....obawa, strach, lęk – co to będzie? Popłakałam się, wystraszyłam – lecz w jego ramionach odnalazłam spokój...

Pójście do pracy, udawanie, że wszystko po staremu, że nic się nie zmieniło....trzeba było odczekać, by się upewnić...ale to jeszcze trochę potrwało...

studenckie wybawienie

Dzisiaj niedziela więc dla większości czas wolny najczęściej spędzany na leniwym nic nierobieniu albo na robieniu wielu rzeczy, na które nie miało się czasu w tygodniu. Dla mnie dzisiejszy dzień to wręcz wybawienie... od czego... od nadmiaru miłości od mojego synka. Całe dnie spędzane na zabawie, kupkach, śpiewach, płaczach, jedzonku, spacerkach, tany tany itp. przejadły mi się. Dlatego też tak bardzo cieszyłam się z wyjazdu na studia - fakt tylko 4 h poza domem ale jaka ulga:)

Mąż ciągle w pracy - a to na 12h, a to na 24h, a jak schodzi z nocki to czasem znowu idzie na nockę, więc musi odespać. Nie mam do niego pretensji, że pracuje, bo samemu mu ciężko. W domku jak tylko jest to zajmuje się dzieckiem, domem, lecz (może to dziwne) ale czuję się zaniedbana. Wszędzie pisze się, żeby to kobieta czasem uważała, by całej swojej uwagi nie skupić na dziecku. No cóż ja mam odwrotnie - jak nie praca to dom a na nas już nie ma czasu. Rzadkie rozmowy, jeszcze rzadsze spacery, nie mówiąc już o... (eh, nie ważne) - widocznie takie uroki macierzyństwa, kiedy jest się samemu (bez bliskich).

czwartek, 26 listopada 2009

...w nowej rzeczywistości...


Odnaleźć się w nowej rzeczywistości, czyli...??
Zmotywowana zdrową zazdrością, chęcią stworzenia pamiątki i poczuciem posiadania coraz lżejszego pióra, postanowiłam odnaleźć się w tej rzeczywistości - bloga, blogującego, bloggera. Jak mi się uda? Czas pokaże.
Wiem jednak o czym chcę tu pisać, po co chcę to robić i do czego poprzez to chcę dotrzeć. Mam tylko nadzieję, że sprawi mi to niesamowitą przyjemność - zarówno w tworzeniu jak i w czytaniu całą rodziną po latach. Zatem do dzieła (tworzenia)...